Szymon Maliński przyznaje, że to może być jego ostatnia taka podróż. Ważą się losy jego dalszych przygód i istnienia kanału na YouTubie. Czy powinien wytrwać? Sporo zależy od nas.
Porzucił szare życie: dom- praca- dom i postawił wszystko na jedną kartę. Wyruszył w świat z kamerą w ręku. Swoje podróże uwieczniał, prezentował doświadczenia, pokazywał ciekawe miejsca i przepiękne widoki. W ciągu nieco ponad dwóch miesięcy na kanale Vlog Maliny na YouTubie opublikował relacje z odwiedzin Madery, Lobos, Fuerteventury, Kairu Miani w USA, aż dotarł do Meksyku. Jak sam przyznaje, ta podróż zdefiniuje jego przyszłość i dalsze istnienie kanału.
Sporo w tym temacie zależy od nas. Podróżnik potrzebuje naszego wsparcia, motywacji, subskrypcji kanału Vlog Maliny i polecania go znajomym.
Dziś prezentujemy jego najnowsze przygody prosto z Ameryki.
Mexico City … wow, to miasto naprawdę robi wrażenie! Przyjechałem tu z moim szybkim tempem zwiedzania i udało mi się zobaczyć naprawdę sporo… Miasto jest przepełnione życiem – ulice tętnią energią, wszędzie muzyka, kolory, zapach taco i świeżych tortilli.
Ludzie są niesamowicie przyjaźni i pomocni – od sprzedawców na targu po policję (a policji jest tu naprawdę dużo i czuje się ich obecność – wszędzie patrole, często uzbrojonej policji i Gwardii Narodowej, co daje poczucie bezpieczeństwa w dzień). Wszyscy uśmiechnięci, chętni do rozmowy, często sami zaczepiali, żeby pomóc albo po prostu pogadać. Dodatkowy plus: na wielu ulicach (zwłaszcza w centrum i turystycznych dzielnicach) są specjalne przyciski bezpieczeństwa (botones de auxilio) – naciskasz przycisk na słupie z kamerą i od razu łączysz się z centrum monitoringu, skąd wysyłają pomoc.
W żadnym kraju, w którym byłem, nie widziałem tak przyjaźnie nastawionych ludzi, którzy mimo trudności naprawdę cieszą się życiem i ciężko pracują.
Mimo widocznej biedy w wielu miejscach, ludzie wydają się naprawdę szczęśliwi i pełni energii. Jeżdżąc komunikacją miejską (metro, metrobus), zauważyłem, jak nieznajomi często ze sobą rozmawiają, śmieją się, dzielą historiami – zupełnie inaczej niż w Europie, gdzie wszyscy siedzą z poważnymi minami wpatrzeni w telefony.
Ludzie są bardzo pracowici: mało kto żebrze, za to wszędzie uliczni sprzedawcy oferują cokolwiek – lizaki, słodycze, owoce, gadżety. To niesamowite, ile determinacji wkładają w zarobek.
Pracowitość tych ludzi — nawet tych najbiedniejszych — kompletnie nie pasuje do obrazu, jaki często słyszymy w wiadomościach. Z mediów przebija narracja, że każdy chce tu wydusić z turysty ostatniego centa, że wszędzie czyha oszustwo i zagrożenie. Tymczasem na miejscu widzisz coś zupełnie innego: ludzi, którzy nie kombinują, tylko pracują — sprzedają, noszą, gotują, grają, oferują drobne usługi, by godnie zarobić na życie. Nawet w najskromniejszych warunkach widać dumę i chęć uczciwego zarobku, a nie polowanie na cudze pieniądze. Ten rozdźwięk między medialnym strachem a codzienną rzeczywistością jest ogromny i bardzo daje do myślenia.
Szczególnie poruszyło mnie, że mnóstwo osób niepełnosprawnych pracuje na ulicach, żeby przeżyć – sprzedają, grają na instrumentach, wykonują różne usługi. Szacunek totalny za tę siłę i godność!
Ale jest też druga, naprawdę mroczna strona tego miasta. Po zmroku wszystko się zmienia – ulice, które w dzień aż kipią od życia, nagle stają się pustymi, złowrogimi korytarzami. Ludzie po prostu boją się wychodzić z domów, a ten strach jest całkowicie uzasadniony.
Najbardziej przerażające jest to, co widzisz dosłownie wszędzie: setki, tysiące plakatów z zaginionymi osobami. Na słupach, murach, przystankach, witrynach sklepów, nawet na drzewach – twarze młodych dziewczyn, chłopaków, czasem całych rodzin, z datami zaginięcia i błagalnymi prośbami o informacje. Te plakaty są tak liczne, że w pewnym momencie przestajesz je liczyć, a zaczynasz czuć lodowaty dreszcz na plecach. To nie jest pojedynczy przypadek – to codzienna, brutalna rzeczywistość, która wisi w powietrzu i przypomina, że w tym mieście ludzie naprawdę znikają bez śladu.
Przez ten cały czas czułem nóż na gardle, odwiedzając niepolecane dzielnice dla turystów – te miejsca, gdzie lepiej nie zapuszczać się samemu, zwłaszcza po zmroku. To dodało dodatkowego napięcia, ale jednocześnie pozwoliło zobaczyć prawdziwe oblicze miasta, poza tymi wypolerowanymi turystycznymi szlakami.
A jedzenie uliczne… totalnie się w nim zakochałem! TACO TACO TACO świeże, pikantne, pełne smaku, jedzone na stojąco przy ulicznym stoisku za kilka pesos. To nie jest jedzenie, to jest uzależnienie!
Co bardzo mnie zaskoczyło na plus, to brak nachalnego, agresywnego naciągania turystów. Wbrew stereotypom, mało kto próbuje oszukać na pieniądze – ceny są zazwyczaj jasne, a jeśli pytasz „ile?”, to słyszysz normalną odpowiedź, bez kombinowania. Sprzedawcy uliczni są uczciwi, spokojni i nienachalni – nie ciągną za rękę, nie wciskają na siłę. Ta codzienna uczciwość i brak chamstwa robi ogromne wrażenie i jeszcze bardziej buduje sympatię do mieszkańców tego miasta.
Bardzo mocno rzuca się tu w oczy jeszcze jeden kontrast: religia i mrok istnieją obok siebie dosłownie na jednej ulicy. Z jednej strony wszechobecna wiara – kapliczki na rogach ulic, obrazy Matki Boskiej z Guadalupe w sklepach, autobusach i domach, ludzie modlący się w kościołach i na chodnikach. Z drugiej strony symbole, które potrafią zmrozić krew w żyłach – kult Santa Muerte, satanistyczne grafiki, ołtarzyki z czaszkami, świecami i ofiarami, czasem ustawione kilka metrów od miejsc pełnych rodzin i dzieci. Ten kontrast między głęboką wiarą a otwartym flirtowaniem z mrokiem jest szokujący i fascynujący jednocześnie – jakby miasto cały czas balansowało między sacrum a profanum.
Warto też dodać, że turyści są tu ogólnie szanowani przez mieszkańców. Nie czułem wrogości ani niechęci — wręcz przeciwnie. W mniej turystycznych rejonach ludzie często reagują uśmiechem, zdziwieniem, czasem krótką rozmową. Widać, że obecność obcokrajowca budzi emocje — tylko do końca nie wiadomo jakie. Z jednej strony wygląda to jak szczera radość i ciekawość: „o, ktoś z daleka trafił do naszej dzielnicy”, a z drugiej czasem widać w oczach pytanie: „co on tu robi… i czy wie, że to nie jest bezpieczne miejsce?”. Ten moment zawahania mówi bardzo dużo o realiach miasta i sprawia, że zaczynasz jeszcze bardziej uważać na swoje otoczenie.
Jednocześnie, obok tych wszystkich dobrych i budujących rzeczy, da się też zauważyć drugą stronę ulicy. Co jakiś czas trafiasz na osoby, które zbyt uważnie obserwują każdy twój krok — stoją bez celu, siedzą na rogach ulic, opierają się o mury i patrzą. Nie robią nic konkretnego, ale ich wzrok zostaje na tobie za długo, jakby skanowali, oceniali, liczyli. To nie jest otwarta agresja, raczej cichy niepokój, który sprawia, że instynktownie zwalniasz, chowasz telefon, rozglądasz się częściej. Ten kontrast — między życzliwością większości a obecnością takich „cieni” — przypomina, że w tym mieście trzeba być uważnym i mieć oczy dookoła głowy.
Podsumowując: Mexico City to miasto ekstremalnych kontrastów – piękne, żywe, gościnne i pełne uśmiechniętych, pracowitych ludzi za dnia (z masą policji i przyciskami alarmowymi), ale po zmroku zamienia się w miejsce, gdzie strach jest namacalny. Pare dni wystarczyło, żeby zakochać się w nim i zobaczyć naprawdę dużo, ale żeby poznać je na spokojnie, bez pośpiechu i bez tego ciągłego cienia niepokoju – potrzeba dużo więcej …























