Wspomnienia: Początki lwóweckiej służby zdrowia

A A A Pdf Print16x16 Mail16x16
Napisano dnia: 2017-05-05 10:34:04
Będąc w rodzinnym domu w Kościerzynie zacząłem przeglądać stare dokumenty i znalazłem perłę - wspomnienia mojego Taty z roku 1966 a dotyczące pracy w Lwówku Śląskim od 1945 do 1966. – pisze Pan Krzysztof Kolarz, który postanowił przepisać wspomnienia ojca, które poniżej (dzięki uprzejmości Pana Krzysztofa) publikujemy:


Do Lwówka Śl. przyszedłem pieszo z Jeleniej Góry 26. sierpnia 1945 r. odległej o 35 km. Musiałem wyjść bardzo wcześnie, aby w czasie urzędowania zdążyć do Lwówka. Miałem skierowanie do objęcia stanowiska Lekarza Powiatowego podpisane przez Lekarza Wojewódzkiego w Legnicy Dr. Snarskiego Bogdana. Posterunki osadnictwa wojskowego we Wleniu i Pławnej kontrolowały przechodniów, ale po obejrzeniu skierowania, pozwoliły na kontynuowanie podróży.

Po przyjściu do Lwówka, zgłosiłem się do Starosty, przez którego zostałem przyjęty z wyrazem zadowolenia na twarzy. „Będzie nas więcej” powiedział „i możemy już zacząć chorować”. Zlecił zaraz Burmistrzowi Dudzikowi szukanie mieszkania i osiedlenie mnie. Poszukiwania trwały cztery dni, gdyż takie sprawy podobno wymagały uzgodnienia poglądów z delegaturą osadnictwa wojskowego i tzw. doradcą (oficerem radzieckim).

Po objęciu stanowiska i otrzymaniu mieszkania, złożyłem kurtuazyjną wizytę Komendantowi osadnictwa wojskowego we Lwówku, lecz przyjęty zostałem, delikatnie mówiąc „chłodno”. Otóż dowiedziałem się, iż osadnictwo wojskowe ma już „swojego lekarza powiatowego” którym jest sanitariusz – podporucznik zdemobilizowany ob. Węgrzyński Jan. Dopiero po upływie miesiąca przyjęto łaskawie do akceptującej wiadomości moją nominację w Komendzie Osadnictwa Wojskowego.

W tym czasie we Lwówku było kilkanaście rodzin Polaków. Stołowaliśmy się w „stołówce starościńskiej”, w której racje żywnościowe nie pozwalały zginąć śmiercią głodową. Nie miałem rodziny, byłem sam, poborów początkowo nie otrzymywałem, znajomości nie miałem żadnych, więc stale towarzyszące uczucie głodu zabijałem pracą, która trwała od rana do późnej nocy.

Po kilku miesiącach znalazłem pomoc żywnościową ze strony miejscowego rzeźnika, który zaproponował mi korzystanie z obiadów. Od tego czasu samopoczucie wyraźnie poprawiło się i zyskała na tym praca.

Mieszkanie dostałem przy ul. Pocztowej i tu zacząłem urzędować, gdyż lokal Starostwa był skromny, a główny budynek zajmowała Powiatowa Komenda M.O.

W tym czasie byłem w jednej osobie lekarzem powiatowym, sekretarką (bez maszyny do pisania), sprzątaczką, palaczem, a oprócz tego z konieczności przyjmowałem pracowników na mieszkanie, czasowo kierowanych przez Starostę.

Pierwszą moją czynnością była inwentaryzacja sprzętu medycznego na terenie powiatu. Przeprowadzałem ją sam, gdyż nie miałem nikogo do pomocy. Inwentaryzacji podlegały magazyny po armii niemieckiej we Wleniu, Nielestnie i w lwóweckim ratuszu, sześć szpitali, siedem aptek i prywatne gabinety lekarskie, lekarsko-dentystyczne i dentystyczne oraz magazyn w Świeradowie Zdroju.
Od świtu do nocy segregowałem olbrzymie ilości leków i sprzętu aby majątek państwowy zabezpieczyć przed szabrem, a byłem pierwszym lekarzem Polakiem na terenie powiatu lwóweckiego.

Zinwentaryzowane leki i sprzęt przekazywałem szpitalom miejscowym, lub zgłaszałem Wojewódzkiemu Wydziałowi Zdrowia. Obecnie jeszcze tj. 21 lat po inwentaryzacji, Szpital Powiatowy posiada pewne leki i maści z tych magazynów.

Inwentaryzacja przeprowadzona przeze mnie spowodowała, że powiat lwówecki posiada pokaźną ilość sprzętu medycznego i elektromedycznego (siedem aparatów rentgenowskich, a jeden przekazał powiatowej poradni p. gruźliczej w Oleśnicy).

We wrześniu 1945 r. zawiadomiłem Wojewódzki Wydział Zdrowia, że na terenie Płakowic, odległych o 3 km od Lwówka znajduje się kompleks pawilonów po opuszczonym 1.000 łóżkowym szpitalu dla umysłowo chorych, które niewykorzystane będą niszczeć, ale zainteresowanie tym obiektem wzrosło po kilku latach. Przyjechała komisja która stwierdziła, że pomieszczenia te nie nadają się na szpital psychiatryczny. Wydział Zdrowia W.R.N. zrezygnował z nich na rzecz Ministerstwa Oświaty, które po remoncie umieściło w nich dzieci greckie a później koreańskie.

To był wycinek mojej pracy.

Osadnicy napływali, zwiększała się ilość Polaków we Lwówku, ale personel kwalifikowany służby zdrowia nie napływał. Wobec tego spadały na moje barki nowe obowiązki i nowe zadania, już czysto fachowe, a więc walka z szeroko rozwiniętymi chorobami wenerycznymi, poradnictwo w zakresie ubezpieczalni społecznej. Wszystko to odbywało się w moim mieszkaniu. Prócz tego trzeba było organizować pomoc lekarską w tzw. terenie i kontrolować działalność lekarzy Niemców.

Dopiero pod koniec 1945 r. zaczęły napływać pielęgniarki i położne zwalniane ze służby wojskowej. Stały się one upoważnionymi przedstawicielami Lekarza Powiatowego w zakładach służby zdrowia prowadzonych przez personel niemiecki, do czasu zaangażowania lekarzy Polaków. A lekarze nie przychodzili. Zgłosił się jeden do Gryfowa Śl., ale po stwierdzeniu, że nie można nic wywieźć do tzw. Centrali – wyjechał w nieznanym kierunku. Dopiero w lipcu 1946 zgłosił się do pracy lek. Med. Buławski Kazimierz, którego zamianowałem dyrektorem 35-cio łóżkowego szpitala we Lwówku Śl.. Wtedy otrzymałem do służbowej dyspozycji z demobilu samochód sanitarny marki Dodge i zaraz przystąpiłem do organizacji szpitala powiatowego w pomieszczeniu obecnie użytkowanym. Szpital ten miał mieć 100 łózek. Trzeba było jeździć po całym powiecie, zbierać i zwozić potrzebne urządzenia i narzędzia, czasem nawet z prywatnych mieszkań obywateli polskich czy niemieckich, którzy brali „na przechowanie” niejednokrotnie bardzo kosztowne aparaty. Jeździłem tą „dodżką” po całym powiecie i zwoziłem wszystkie przedmioty, które mogły stanowić wyposażenie przyszłego szpitala, bez względu na czas i porę dnia. Dopięliśmy swojego. Otwarliśmy szpital bez subwencji, bez inwestycji i wyposażenia, bez wstęgi i uroczystości. Wszystko własnymi siłami z pomocą bardzo skromnego personelu. Pielęgniarek było bardzo mało. Jedna mieszkała stale na oddziale zakaźnym, pełniąc tam permanentny dyżur, a na wszystkie inne oddziały w nocy pozostawała jedna pielęgniarka.

Lekarz Powiatowy często otrzymywał dla jednostek służby zdrowia z Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia przydziały leków, paczek żywnościowych, bielizny i pościeli z U.N.R.R.A. Materiały te musiałem własnoręcznie rozdzielać na poszczególne szpitale i rozwozić je na miejsca przeznaczenia. Doszła więc jeszcze jedna funkcja : magazynier – konwojent.

Do czasu otrzymania samochodu sanitarnego, wyjazdy do Legnicy, lub później do Wrocławia, dokonywane były za normalną obiegową monetą szoferską – wódką. Wychodziło się na szosę z półlitrówkami i przed nadjeżdżającym samochodem należało potrząsać butelką. Najczęściej kierowca zatrzymywał pojazd i po uzgodnieniu kierunku jazdy, dochodziło do uzgodnienia kosztów podróży. Jazdy te były niebezpieczne, gdyż podchmielony kierowca nie zawsze zatrzymywał pojazd w miejscu przeznaczenia i trzeba było wracać piechotą po kilka, a nawet kilkanaście kilometrów. Raz, jadąc z pieniędzmi dla szpitali, a było ich 750.000 zł musiałem spędzić noc na ulicy w Legnicy i w czasie ulicznej strzelaniny chować się, aby na drugi dzień próbować szczęścia w dalszej podróży.

W 1947 r. dorobiłem się lokalu służbowego w budynku Starostwa Powiatowego oraz sekretarki, więc jedna funkcja odpadła, ale musieliśmy na zmianę palić w piecu, aby w „biurze” nie zamarznąć.

W tym też roku, wszystkie miasteczka powiatu, zostały obsadzone lekarzami Polakami, a personel pomocniczy stopniowo napływał.

Praca profilaktyczna pod postacią szczepień ochronnych, wyłączała Lekarza Powiatowego na pewien czas z pracy biurowej. Po pracy przygotowawczej, polegającej na rozesłaniu zawiadomień do sołtysów i wójtów, zamówień furmanek dla odwożenia ekipy szczepiącej, siadało się do furmanki rano i wyjeżdżało się w „plener”. Wracało się najczęściej po 2-3 tygodniach, po wykonanej pracy. Na takie wyjazdy mogłem sobie pozwolić, bo byłem kawalerem i w domu nikt nie czekał.

W tym czasie narzucono Lekarzowi Powiatowemu olbrzymią pracę, pod postacią badań lekarskich Niemców, wyjeżdżających z Dolnego Śląska. Z naszego powiatu wyjeżdżało kilkadziesiąt tysięcy Niemców. Trzeba było ich zbadać i wydać zaświadczenia lekarskie zdolności do odbycia podróży.

Pracowaliśmy w tym czasie bez urlopów, a o wynagrodzeniu lepiej nie mówić.

W 1949 r. przekazałem urzędowanie w Wydziale Zdrowia P.R.N. zdemobilizowanemu lekarzowi wojskowemu Tuzinkiewiczowi, a sam, po zwolnieniu się, zgłosiłem się do szpitala powiatowego, aby pomagać lek.. Buławskiemu w pracy.

Jak wspomniałem był to szpital 100 łóżkowy i mieścił się w odremontowanym pomieszczeniu i remontowano go nadal, gdyż był oddany tylko częściowo.

Na zdjęciu blok operacyjny lwóweckiego szpitala

Pracowało nas dwóch lekarzy, lek. Buławski prowadził oddziały chirurgiczny, ginekologiczny i położniczy, a ja wewnętrzny, dziecięcy i zakaźny, a oprócz tego asystowałem do wszystkich operacji lek. Buławskiemu. Pracowaliśmy wtedy od godź. 8.00 do 22.00 z przerwą obiadową, i co drugą noc każdy z nas dyżurował pod telefonem, przychodząc do szpitala, do przyjęcia każdego chorego. Zdarzało się to po kilka razy w nocy, gdyż pogotowia ratunkowego nie było i chorych przywożono furmankami o każdej porze dnia i nocy. A jeśli trzeba było w nocy wykonać nagłą operację, to wzywało się drugiego lekarza i operowaliśmy, a na drugi dzień od godziny 8-mej znów praca.

Wynagrodzenie za jeden etat a dyżury za darmo. Stan taki trwał przez trzy lata.

Byliśmy młodzi i pełni sił i zapału do pracy, stawiając względy odpoczynku i wynagrodzenia na dalszy plan, stosując wpojoną w czasie studiów maksymę „salus aegroti suprema lex esto”.
Od 1945 r. a więc od chwili przyjścia do Lwówka Śl. Wciągnięto mnie do pracy społecznej i dosłownie nie było jednej komisji lub posiedzenia jakiegokolwiek aktywu społecznego bez mojej obecności. Praca ta pochłaniała dużo czasu, a pracę zawodową trzeba było wykonywać poza godzinami, bo chorzy musieli być załatwieni. Przez dwie kadencje byłem radnym M.R.N. i dopiero w 1963 wycofałem się z pracy społecznej, gdyż przygotowywałem się do specjalizacji w chorobach wewnętrznych, której II stopień zdałem w kwietniu 1965 r.

W miarę upływu czasu wzrastała obsada szpitala, a akty prawne regulowały warunki pracy i płacy, tak, że szpital, którego jestem dyrektorem, posiada 168 łóżek, dziewięciu lekarzy, 39 osób personelu średniego, 31 osób personelu niższego, 8 osób personelu administracyjnego, 32 osoby obsługi, 2 osoby personelu innego i jednego lek. dentystę, a więc zatrudnia 126 osób, posiada jednak te same oddziały, które były w 1949 r. a budynek uległ zniszczeniu i ząb czasu nadgryzł go do tego stopnia, że nie nadaje się do dalszej eksploatacji. Musi być remontowany, a szpital, albo będzie przeniesiony do wspomnianych na początku bloków w Płakowicach, albo co powitalibyśmy z zachwytem, będzie budowany nowy szpital. A warto chyba, chociażby dla tego personelu, który z całym poświęceniem, nie szczędząc swych sił i młodych lat, parł naprzód, aby osiągnąć zakład w którym mógłby pomagać bliźnim. Każdy z nas, męcząc się tak długo w tym nieprzystosowanym dla potrzeb szpitala pomieszczeniu, chciałby pracować w warunkach szpitala z prawdziwego zdarzenia.

W czasie 21 lat nieprzerwanej pracy we Lwówku Śląskim pełniłem rozmaite funkcje, które wymienię w porządku chronologicznym :
- Lekarz Powiatowy
- Lekarz Ubezpieczalni Społecznej
- Ordynator Szpitala Powiatowego
- Dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej
- Powiatowy Inspektor Sanitarny
- Kierownik Przychodni Powiatowej
- Kierownik Powiatowej Stacji Pogotowia Ratunkowego
- Kierownik Zakładu Leczniczo – Zapobiegawczego przy P.P.R.B.
- Dyrektor Szpitala Powiatowego

Wszystkie te instytucje zakładałem, albo organizowałem. I patrząc nieraz na ich pracę, powtarzam sobie, że jest tam wkład mej pracy i trudu.



W 1967, rok po napisaniu tych wspomnień, Tato dostał propozycję nie do odrzucenia - dyrektor Szpitala musiał być partyjny. Więc albo - albo.

Wyjechaliśmy całą rodziną do Kościerzyny, gdzie Tato dostał pracę jako Ordynator Interny w kościerskim szpitalu.

Tatusiu, jestem dumny.

tekst/foto: dzięki uprzejmości Pana Krzysztofa Kolarza
 
Na zdjęciu doktor Stanisław Kolarz z synem Krzysztofem na kolanach
Komentarze:
Aparatxxxx
Piątek, 2017-05-05 13:11
Bardzo fajnie przeczytać takie wspomnienia dotyczące okolic zamieszkania,mam 62 lata i nazwiska lekarzy p.Kolarza jak i
Buławskiego pamiętam z opowiadań rodziców.
Aparatpacjentka
Piątek, 2017-05-05 14:31
to dopiero była ciezka praca.a teraz narzekają.wstydzcie się panowie doktorzy iporownajcie swoja prace a tamtejsza.
AparatAleksander Paszczynski
Piątek, 2017-05-05 15:53
Właśnie w kwietniu pisałem do kolegi Przemysława że warto opisać początki Lwóweckiego Szpitala i osób zaczynających jego tworzenie. Dziękuję znałem p. Kazimierza Buławskiego był dobrym znajomym mojego ojca . Sam miałem szczęscie być operowany przez p. Kazimierza wtedy to juz był po amputacji nóg , ale jeszcze w 69-70 stał przy stole operacyjnym. Pamiętam jak przeprowadził operację przyszycia ręki chłopakowi którą obciął mu kombajn zbożowy no i z opowiadań ojca siostra Wala ciągle asystująca lekarzowi .
AparatSUPER
Piątek, 2017-05-05 17:03
Bardzo fajna historia -czapki z głów dawnym lekarzom -szacunek
AparatKuli
Piątek, 2017-05-05 22:23
Ale historia.... bardzo mnie wciągnęła do czytania,to były czasy trudne jak szlak....ale istniał szpital, funkcjonował mimo braku sprzętu,mimo wysiłku lekarzy i utrudnień...a teraz z łaską jeden,czy drugi z własnego gabinetu wyjdzie na obchód i jako pacjent tyle go widzisz!!! kończę,bo już mnie nerwy biorą na naszą służbę zdrowia....dr Buławski był lekarzem mojej babci i naszej rodziny
Aparatktoś
Sobota, 2017-05-06 14:22
A w tym czasie inni begali z karabinami po lasach bawiąc się w wyzwalanie kraju
AparatKrzysztof Kolarz
Poniedziałek, 2017-05-08 20:13
Wyjeżdżając ze Lwówka miałem 8 lat, lecz pamiętam kilka nazwisk związanych ze służbą zdrowia, między innymi doktorów Buławskiego, Burdzińskiego i Wrońskiego oraz pana Gładysza który bodaj pracował w Szpitalu i był "złotą rączką". Rodzice byli zaprzyjaźnieni z państwem Sikorami, pan Henryk Sikora był wówczas dyrektorem Browaru, oraz z państwem Nowosadami. Pani Stanisława Nowosad ma obecnie 95 lat i mieszka jeszcze we Lwówku. Była pielęgniarką i bliską współpracownicą mego Taty. Jej dzieci - Maria, Piotr i przede wszystkim pan Andrzej pomogli mi zidentyfikować osoby widoczne na zdjęciach z lat 50-tych i 60-tych które znajdują się w moim posiadaniu. Pojawiają się tam takie nazwiska jak : pani Halina Bosak, pani Wanda Koc, pani Weronika Gawrońska (siostra Wera), pani Helena Skrzypińska, pani dr Romanowicz, pani Suduł.
Dodam tylko, że Tato otrzymał odznakę "Zasłużony dla Dolnego Śląska" z której był szczególne dumny.
AparatPielęgniarka emerytka
Środa, 2017-05-10 22:08
Serdecznie dziękuję za publikację wspomnień dr Stanisława Kolarza. Jestem pielęgniarką, która miała zaszczyt pracować pod kierunkiem Ordynatora Oddziału Wewnętrznego Pana dr Kolarza. W 1965 r. ukończyłam Liceum Pielęgniarskie w Świdnicy i nakazem pracy zostałam skierowana do Szpitala w Lwówku Śląskim. Moim pierwszym miejscem pracy był Oddział Wewnętrzny, którego Ordynatorem był dr Kolarz - wspaniały , sympatyczny i bardzo wymagający szef oraz doskonały organizator pracy. Był świetnym lekarzem cenionym przez pacjentów. Miałam dużo szczęścia , że trafiłam właśnie pod Jego "skrzydła" . Na pierwszych samodzielnych dyżurach nocnych byłam bardzo czujna bo krążyły pogłoski, że dr Kolarz w nocy przychodzi z domu na oddział i sprawdza czy pielęgniarka nie śpi. Były to tylko żarty ze strony starszych pielęgniarek - niemniej jednak wszyscy pracownicy darzyli dr Kolarza szacunkiem i czuli przed Nim respekt. Serdecznie pozdrawiam Pana Krzysztofa Kolarza i dziękuję za udostępnienie wspomnień Pana Ojca. Nadmieniam że wszystkie osoby zidentyfikowana na zdjęciach znałam osobiście.
Dodaj komentarz

Kalendarz wydarzeń

Prev
Lipiec 2017
Next
Po Wt Śr Cz Pi So Nd
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31

NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Mini_andrzej-duda
Poniedziałek, 2017-07-24
List_mini_segregacja-smieci
Poniedziałek, 2017-07-24
List_mini_mirsk-gala-izerska-2017
Poniedziałek, 2017-07-24
List_mini_wyrok
Poniedziałek, 2017-07-24
List_mini_gala-izerska-mirsk-2017
Niedziela, 2017-07-23
List_mini_wyzel-wietnamski-kotliska
Piątek, 2017-07-21
List_mini_xix-izerska-gala
Piątek, 2017-07-21
List_mini_leon-pies
Piątek, 2017-07-21
List_mini_day-camp
Piątek, 2017-07-21
List_mini_motopark-olszyna-2017
Piątek, 2017-07-21
List_mini_skradziony-rower
Piątek, 2017-07-21
List_mini_kopalnia-miedzi-lwowek-generalna-dyrekcja-ochrony-srodowiska
Piątek, 2017-07-21
List_mini_fiat-kradziez-lubomierz
Czwartek, 2017-07-20
NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE
Aktualności | Wydarzenia | Ludzie | Samorząd | Na sygnale | Wywiady | Historia | Galeria | Ogłoszenia |  Reklama | Praca